
REDAKCJA: Na początek klasyczne pytanie: kiedy i w jakich okolicznościach rozpoczęła się Twoja przygoda z ilustracją książkową?
Tomasz Przeździecki: Ta przygoda zaczęła się bardzo dawno temu — w moim dzieciństwie. Już wtedy namiętnie oglądałem książki dla najmłodszych. Chyba po milion razy te same. To były lektury, które akurat dostaliśmy z siostrą od rodziców. Czasy PRL-u, kiedy ilustracja i projektowanie graficzne w Polsce stały na bardzo wysokim poziomie. Zwykle bywa tak, że właśnie te pierwsze fascynacje mają największy wpływ na nas i na naszą późniejszą drogę, bo nimi najbardziej nasiąkamy. Dlatego wzorce z tamtego okresu uważam za niezwykle wdzięczne. Były to prace plastyczne stworzone przez fantastycznych autorów, z wyraźnie odmiennymi, indywidualnymi stylami.
Pamiętam, że to były głównie książeczki z serii „Poczytaj mi, mamo” — na przykład Pan Maluśkiewicz i wieloryb Juliana Tuwima z ilustracjami Mirosława Pokory, czy Chory kotek Stanisława Jachowicza zilustrowany przez Marię Uszacką. Sporo pięknych białoruskich bajek ludowych także zrobiło na mnie wrażenie, szczególnie Syn Wdowy Alekseja Jakimowicza z ilustracjami Walerego Sławuka oraz Lisica Chytruska Aleśa Jakimowicza z ilustracjami Tatiany Bierazieńskiej.
To były propozycje o szerokim spektrum różnorodności artystycznej — od malarskich, operujących plamą barwną, po rysunkowe, gdzie kreska oraz czerń i biel odgrywały dominującą rolę. Wtedy zrozumiałem, że historie można zobrazować na wiele sposobów — i wszystkie mogą być niesamowicie atrakcyjne. Świadomość, że nie istnieje tylko jeden właściwy sposób tworzenia, była dla mnie bardzo ważna i popchnęła mnie do eksperymentowania z formą wypowiedzi artystycznej.
Jestem pewien, że to właśnie wtedy narodziła się we mnie miłość do sztuki obrazkowej — i, rzecz jasna, do samego tworzenia. Bo czułem, że to jest coś, co daje mi przyjemność i satysfakcję.
W późniejszych latach przyszedł czas na komiksy, głównie z serii Batman, gdzie karmiłem oczy warstwą wizualną, natomiast sama treść już mnie tak bardzo nie pociągała. Za to pamiętam, że historie Thorgala z fantastycznymi rysunkami Grzegorza Rosińskiego i scenariuszem Van Hamme’a bardzo mi pasowały jako całość.
Jeśli chodzi o ilustracje książkowe dla młodzieży i dorosłych, to przede wszystkim utkwiły mi w pamięci czarno-żółte grafiki w stylu starych rycin, autorstwa Szymona Kobylińskiego, do powieści W pustyni i w puszczy Henryka Sienkiewicza. Do tej pozycji mam zresztą szczególny sentyment ze względu na wspomnienie, gdy tata wieczorami czytał ją całej rodzinie, a my wszyscy siedzieliśmy cicho wokół i słuchaliśmy.
Inne, które pamiętam, to na pewno ilustracje do poszczególnych rozdziałów Sztuki kochania Michaliny Wisłockiej, którą to lekturę ukradkiem przeglądałem z wypiekami na twarzy podczas nieobecności rodziców i rodzeństwa. Była też gazeta Detektyw dla dorosłych, obecna w domu rodzinnym, bogato ilustrująca poszczególne artykuły kryminalne bardzo charakterystycznymi, komiksowymi, niezwykle przerysowanymi grafikami.
Tutaj muszę wspomnieć również o okładkach książkowych dla dorosłych, które poniekąd ukształtowały mój gust wizualny, przyciągając moją uwagę gdzieś na półkach domowej biblioteczki. Będąc małym chłopcem, nie rozumiałem, dlaczego są takie proste, dziwne i odrealnione. Dopiero później dowiedziałem się, że działały na zasadzie skrótu myślowego, a ich podstawowym celem było aktywowanie w czytelniku różnych skojarzeń i oddziaływanie na wyobraźnię. Do dzisiaj okładki o plakatowym charakterze najbardziej mi się podobają i działają na moją percepcję. Obecnie, projektując fronty książek, staram się tak działać, by w jak najprostszy sposób powiedzieć jak najwięcej.
Uwielbiam okładki książek z czasów PRL: Ja, Klaudiusz Roberta Gravesa (wydanie z 1975), Sprawa zabójstwa Arkadija i Borysa Strugackich (1973), Ścigany przez samego siebie Brunona Zbyszewskiego z okładką projektu Witolda Kalińskiego, Dzień szakala Fredericka Forsytha (1979), albo taką książkę jak Domowy wyrób win Jana Cieślaka z zieloną okładką (1985). Po prostu sztos!

RED: Opowiedz pokrótce o swojej edukacji artystycznej. Kto miał na Ciebie największy wpływ.
TP: Moje zamiłowanie do rysowania, pobudzone przykładami, o których wspomniałem w poprzedniej odpowiedzi, miało wpływ na mój późniejszy wybór kierunku studiów artystycznych na UMK w Toruniu, o specjalności media rysunkowe.
Na moją edukację artystyczną niewątpliwie mieli wpływ wspaniali pedagodzy, m.in. prof. Jędrzej Gołaś, prof. Elżbieta Jabłońska i prof. Marcin Jaworski. Warto tutaj wspomnieć o niezwykle ważnych zajęciach z książki autorskiej prowadzonych przez panią Iwonę Chmielewską – wybitną autorkę, nagradzaną na świecie za książki autorskie dla dzieci i dorosłych, która promieniowała swoją osobowością, zarażając studentów artystyczną pasją.
Na zajęciach, poza tym, że inspirowaliśmy się, oglądając najciekawsze picturebooki z całego świata, uczyliśmy się określonego sposobu myślenia obrazem oraz podejścia do ilustrowania. Pani Iwona przekazywała nam, że w najlepszych książkach ilustrowanych – zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych – zwykle zostawia się dużą wolność interpretacji dla odbiorcy. Że tekst i obraz nie powinny opisywać się nawzajem, lecz stanowić osobne byty, które się uzupełniają.
Takim podejściem staram się kierować w moich autorskich pracach, oczywiście w miarę możliwości, bo z różnych powodów czasem się to nie udaje. Taki sposób myślenia o książkach z ilustracjami nie jest łatwy, ponieważ wymaga od czytelników dużej świadomości odbioru obrazu, wyobraźni, skupienia i pewnej mądrości. Mam wrażenie, że nadal w naszym kraju nie jest to zbyt popularne podejście.
Staram się konstruować swoje rysunki tak, szczególnie gdy autor, z którym współpracuję, daje mi artystyczną wolność, by wspólnie z tekstem opowiadały wprawdzie jedną historię, ale każde z nich trochę na swój sposób. Chcę, by uzupełniały się wzajemnie, pobudzając jednocześnie do wielorakiej interpretacji.

RED: Opowiedz trochę o Twoich najciekawszych współpracach.
TP: Pierwsza książka, przy której pracy udało mi się zostać autorem zarówno okładki, jak i ilustracji, to zbiór opowiadań o koniach pt. Jego wysokość nauczyciel–koń autorstwa Jerzego Szulca. Ukazała się ona nakładem wydawnictwa Dom Organizatora w Toruniu. To niezwykle ciekawa lektura, z której można poznać naturę koni niemal od podszewki. Czuć, że jej autor był koniarzem z zamiłowania i miał wiele przygód związanych z tą pasją, które wdzięcznie opisał.
Wszystkie dwadzieścia ilustracji do tej książki wykonałem w całości na komputerze, w programie graficznym. Zależało mi na tym, by były maksymalnie uproszczone, a przy tym naśladowały klasyczną technikę linorytu. Celowo zawęziłem środki wyrazu, operując jedynie dwoma kolorami – czernią i bielą – oraz ascetyczną linią o zróżnicowanej grubości, sugerującą kształty i przestrzeń.
Inną ciekawą realizacją, około książkową, była tzw. pierwsza w Polsce powieść bookbotowa – słuchowisko kryminalne Tajemnica Kolodionu, ukazujące się w dziewięciu odcinkach w internecie na zlecenie województwa kujawsko-pomorskiego. Autorem tej powieści jest pisarz Marcel Woźniak, a ja wykonywałem okładki do poszczególnych części. Było to wyzwanie nie tylko dla mnie – ze względu na ograniczony czas realizacji i z góry ustalony harmonogram publikacji odcinków trzeba było się nieźle uwijać zarówno z rysowaniem, jak i z pisaniem. Często Marcel nakreślał fabułę jedynie w kilku zdaniach, a ja działałem na bazie tego zarysu. Zdarzało się, że w kilku odcinkach ilustracja powstawała jako pierwsza, a w ukończonym tekście wprowadzano później drobne zmiany, by obraz i fabuła tworzyły spójną całość. Ponadto grafiki musiały oddawać klimat przygodowej powieści oraz być kolorowe i atrakcyjne dla szerokiego grona odbiorców. Ważne było dla mnie nie tylko spełnienie wymogów projektu, ale również zachowanie w rysunkach charakteru mojej kreski. Myślę, że efekt końcowy był bardzo udany.

W tym momencie dochodzimy do mojej najbardziej owocnej i długotrwałej współpracy – ze świetnym muzykiem i autorem książek, Bogusławem Raatzem. Wspólnie wykonaliśmy kawał dobrej roboty, bo możemy się pochwalić czterema wydaniami: Przypadki Grenziego Bardoka, Horologium, Implicatio oraz Wena, Hubert i ja. Jest to dla mnie szczególnie wdzięczna współpraca, ponieważ pozwoliła szerzej zaprezentować moje możliwości jako projektanta okładek i ilustratora, a przy tym dawała mi dużą swobodę twórczą. Bogusław jest artystą, który doskonale rozumie, że najlepsze rzeczy powstają wtedy, gdy każdej ze stron pozostawia się twórczą wolność.
Przede wszystkim cenię w nim to, że traktuje swojego czytelnika z szacunkiem – jak partnera. Nie narzuca mu prostych rozwiązań, lecz daje przestrzeń do subiektywnej interpretacji. Do każdej z jego książek podchodziłem trochę inaczej, bo każda oddziaływała na mnie w inny sposób, a w czasie pracy fascynowały mnie nieco odmienne rzeczy. Przy Przypadkach Grenziego Bardoka miałem okres bardziej wnikliwego, klasycznego rysowania – pełnego szczegółów i światłocienia. Efektem były oniryczne, tajemnicze obrazy. Przy Horologium postanowiłem uprościć formę, by była bardziej graficzna, przypominająca linoryt, a miejscami nawet komiks. Zawęziłem gamę kolorów do minimum – jak w klasycznej grafice warsztatowej, gdzie obraz budowany jest mocnym, czarnym konturem i dwoma odcieniami szarości, przy wykorzystaniu bieli kartki.
Z okładką do Horologium wiąże się ciekawa historia. Uwielbiam rysować, a szkicowanie jest dla mnie czymś tak naturalnym jak oddychanie – często utrwalam w ten sposób miejsca, które mnie zaintrygują, np. pejzaże czy sceny z plaży lub z kolejki miejskiej. Jedną z takich ilustracji opublikowałem w internecie. Bogusław ją zobaczył i tak bardzo mu się spodobała, że zaproponował, aby została okładką jego nowej książki. Zgodziłem się – i tak powstała okładka z rysunkiem zadumanych ludzi wewnątrz przedziału kolejki miejskiej.

Przy Implicatio wspólnie ustaliliśmy, że postaci na grafikach będą pozbawione szczegółów. Narysowałem więc bohaterów, których sylwety są niemal całkowicie czarne, dzięki czemu udało się uzyskać niepowtarzalny, tajemniczy klimat ilustracji, idealnie pasujący do opowiadanej historii. Okładka jest z kolei mocno plakatowa i sugestywna.

Przy pracy nad Wena, Hubert i ja Bogusław zdecydował, że nie chce ilustracji, więc skupiłem się wyłącznie na okładce. Już po przeczytaniu pierwszej, szkicowej wersji powieści nasunęły mi się konkretne pomysły. Wykorzystałem do nich moje wcześniejsze szkice, powstające niejako przy okazji – podczas spotkań służbowych w pracy etatowej, którą wtedy wykonywałem. Spędziłem długie godziny przed komputerem, dopracowując formę, a następnie przeniosłem ją na papier, rysując odręcznie. Co ważne, także liternictwo wykonałem ręcznie, malując je pędzelkami w taki sposób, aby idealnie pasowało do ilustracji.
Chciałbym opowiedzieć też o ciekawej koncepcji dotyczącej wszystkich okładek powieści Raatza. Każda z nich ma inny kolor – i to nie jest przypadek. Kiedy udało się wydać pierwszą, czerwoną, a Bogusław stwierdził, że pisze kolejne, zaproponowałem, aby każda odpowiadała innej barwie z palety kolorów podstawowych.
Dlatego następne okładki, oprócz pierwszej czerwonej, są niebieska i żółta. To interesujący zabieg formalny, ponieważ łącząc te konkretne kolory i mieszając je w odpowiednich proporcjach, można uzyskać pozostałe barwy. Zupełnie jak z tymi książkami – po przeczytaniu każdą można traktować osobno, ale można też połączyć je w całość, doszukując się licznych znaczeń czy głębszego przesłania.
Jedna z okładek jest czarna, ponieważ czerń powstaje z połączenia wszystkich kolorów podstawowych. Poza tym może się kojarzyć z czernią liter, które spinają całość jednym mianownikiem. W malarstwie czerń jest również stosowana dla uzyskania kontrastu i dramatyzmu.
Abstrahując od całej tej ideologii, wszystkie cztery okładki ładnie ze sobą kontrastują i świetnie prezentują się na półce.
RED: Jak doszło do współpracy z Bogusławem Raatzem, autorem m.in. „Przypadków Grenziego Bardoka”, „Horologium”, „Implicatio” i „Wena, Hubert i ja”?
TP: To bardzo ciekawa historia, będąca jednocześnie przykładem, jak znajomości w środowisku ludzi kochających twórczość potrafią współdziałać, wchodzić w interakcje, inspirować się nawzajem i wymieniać doświadczeniami.
Poznaliśmy się dzięki naszemu wspólnemu znajomemu, Łukaszowi Wodyńskiemu. To niezwykle ciekawa postać i silna osobowość, działająca na wielu polach wypowiedzi artystycznej – wspaniały malarz, rzeźbiarz i twórca teledysków. Panowie współpracowali ze sobą przy projektach muzycznych Bogusława (Witkacy Tribute Ensemble i Question Mark), gdzie Łukasz projektował malarską oprawę jego płyt. Z kolei przy performansach i wystawach Wodyńskiego Bogusław udzielał się muzycznie.
Podczas mojego pierwszego kontaktu z Bogusławem rozmawialiśmy o wykorzystaniu moich niepublikowanych animacji rysunkowych do zilustrowania muzyki z projektu Warm Trio, ale ostatecznie pomysł nie został zrealizowany.
Niedługo później otrzymałem jednak propozycję zaprojektowania okładki i ilustracji do jego pierwszej książki, nad którą wówczas pracował. Z wielką ochotą przystałem na tę współpracę – i tak się zaczęło.
RED: Która z tych książek była dla Ciebie największym wyzwaniem ilustratorskim – i dlaczego?
TP: Wydaje mi się, że za każdym razem była to dla mnie forma wyzwania. Do każdej z tych książek podchodziłem osobno, z nowym entuzjazmem. Nad każdą też wspólnie z autorem wiele rozmawialiśmy, mając nieco inny pomysł na jej oprawę. Poza tym nowa treść za każdym razem inspiruje mnie w odmienny sposób.
Szczególnie ciekawym wyzwaniem były ilustracje do Implicatio, gdzie postaci miały być pozbawione szczegółów. Zastanawiałem się, jak spełnić to założenie tak, by obrazy nie były nudne, a jednocześnie by postaci były umiejscowione w przestrzeni nawiązującej do treści książki. Postanowiłem wykorzystać zjawisko światła i cienia w naturalnym otoczeniu. Gdy mocne światło, padające zza sylwetki bohatera, oświetla go od niewidocznej na kompozycji strony, a scenę obserwujemy z perspektywy zacienionego pomieszczenia, można uzyskać efekt niemal całkowicie ciemnej postaci.

Dlatego bohaterowie moich rysunków zostali umieszczeni przeważnie na tle okien, w mrocznych korytarzach albo pod osłoną nocy, kiedy dominuje szarość, a widać jedynie cienie z blikami światła pochodzącymi z określonego źródła. Te ilustracje są utrzymane w pewnej konwencji i stylizacji, dlatego mogłem sobie pozwolić na odejście od realizmu. Warto pamiętać, że obraz jest jedynie subiektywnym przedstawieniem rzeczywistości, a nie samą rzeczywistością.

Tym sposobem udało się uzyskać interesujący efekt końcowy – intrygujący, tajemniczy i mroczny klimat.
RED: Czy ilustracje powstawały równolegle z pisaniem tekstu, czy dopiero po jego ukończeniu? Jak wyglądała Wasza współpraca z autorem na etapie tworzenia?
TP: Praca przebiegała różnie. Przeważnie punktem wyjścia był dla mnie napisany tekst, choć nie zawsze – przykładem może być okładka do Horologium, która powstała inaczej. Najpierw była grafika, która tak spodobała się pisarzowi, że zgodziłem się wykorzystać ją jako front książki.
W zdecydowanej większości jednak zaczynaliśmy od zapoznania się z przesłanymi przez autora materiałami oraz rozmowy telefonicznej. Dużo dyskutowaliśmy o ogólnych założeniach i ewentualnych wizjach. Po takich konsultacjach i po lekturze materiałów zazwyczaj musiałem z tym wszystkim „pochodzić” i pomyśleć. Temat musiał się we mnie „przegryźć”, abym mógł go przefiltrować przez własną wrażliwość.
Często bywa tak, że najlepsze pomysły i wizje na grafiki przychodzą same, mimochodem, jakby od niechcenia. Przykładowo, gdy jadę kolejką miejską lub idę ulicą i nagle coś mnie natchnie. Czasem wystarczy zobaczyć wlepkę na przypadkowej latarni, obok której akurat przechodzę, aby narodziła się wstępna idea na okładkę. Innym razem zaobserwowana scenka w komunikacji miejskiej podsunie mi koncepcję na kompozycję ilustracji.
Po pierwszej zatwierdzonej grafice zazwyczaj wiedzieliśmy już wszystko i dalsza praca nad obrazami szła gładko. Szczerze mówiąc, w większości przypadków wysyłałem Bogusławowi gotowe grafiki, często nawet bez wcześniejszych konsultacji. Bywało, że miałem tak silną chęć i pewność narysowania czegoś w konkretny sposób, że po prostu musiałem to zrobić – i już. Myślę, że jest między nami pewne zaufanie, niepisana umowa, że każdy wykona swoją pracę profesjonalnie.
RED: Która z wykonanych ilustracji (lub okładek) z tej serii jest twą ulubioną? Proszę opowiedzieć, co się za nią kryje.
TP: Tutaj mogę powiedzieć bez zastanowienia, że moją ulubioną okładką jest ta do książki Wena, Hubert i ja. W tym przypadku, po przeczytaniu całej książki w jeszcze nie zredagowanej wersji, zastanawiałem się, jak zgrabnie w jednym obrazie podsumować opisaną historię. Wiedziałem, że musi być zaprojektowana na zasadzie skrótu myślowego, z uwzględnieniem najistotniejszych symboli.
W książce pojawia się motyw pisarza pracującego nad nowym dziełem, jest też wiele odniesień do czasu, a cała narracja jest dość tajemnicza i zawiła. Skupiłem się na motywie książki, a do stworzenia okładki idealnie posłużyły mi moje stare, niezwiązane z projektem szkice, wykonane kiedyś na spotkaniu w pracy, przy okazji rysowania „dla siebie”. Przedstawiały one książki, w których jeden brzeg okładki uformowany był tak, by przypominał profil ludzkiej twarzy. Stanowiły one jednak tylko punkt wyjścia do gotowego projektu.
Musiałem włożyć sporo pracy w ostateczną formę wizualną. Zeskanowałem szkice i w programie graficznym długo ustalałem punkty zbiegu oraz wszystkie kierunki – z niemal architektoniczną precyzją. Na tej podstawie od początku, ręcznie, narysowałem całość już „na czysto”. Sporo czasu poświęciłem też na opracowanie liternictwa, które w całości namalowałem pędzlem i farbą.
Żółty kolor dominujący na okładce był konsekwencją naszych wcześniejszych ustaleń, by każda z okładek odpowiadała innemu kolorowi z palety barw podstawowych, o czym wspominałem wcześniej. Podoba mi się efekt końcowy i często lubię brać tę książkę do ręki, by ją pooglądać. To właśnie piękne w twórczości – daje ogromną radość. To, że pomysły rodzące się w głowie możemy zmaterializować i przekształcić w gotowy, użytkowy produkt, którym inni mogą się z nami cieszyć.
RED: Czy miałeś pełną swobodę twórczą, czy raczej trzymałeś się sugestii autora?
(Jak wyglądała równowaga między wizją literacką a artystyczną?)
TP: Ogólnie miałem dużą swobodę tworzenia, a autor przeważnie nie ingerował w moje propozycje, ponieważ sam jest artystą i wie, że najlepsze efekty powstają wtedy, gdy osoby zaangażowane w pracę robią to z pasji. Bardzo rzadko zdarzały się poprawki – jeśli już, to na etapie pierwszych szkiców. Tak to się, w skrócie, odbywało do tej pory.
RED: Każda z książek Raatza ma inny klimat – od onirycznych wizji po intelektualne zagadki i humor. Jak to się przekładało na język plastyczny
TP: Jest to na pewno wyzwanie dla ilustratora, by oddać odmienny klimat każdej powieści. Mnie jednak to odpowiada, bo dzięki temu praca nigdy nie jest nudna. Pisanie książek odbywa się w określonym czasie, który zazwyczaj nie jest krótki. W tym okresie, z książki na książkę, zarówno pisarz, jak i ilustrator zmieniają się, inspirują nowymi rzeczami. Tak czy inaczej, w obu zachodzi pewien rozwój. Wspaniale jest, gdy te zmiany można dostrzec w twórczości.
Na język plastyczny przekłada się to w ten sposób, że charakter moich ilustracji zależy od momentu, w którym powstawały, od bodźców, które wtedy na mnie oddziaływały, i od tego, w jaki sposób inspirowała mnie specyfika czytanego tekstu. Wszystko to sprawia, że jedne rysunki są bardziej delikatne, oniryczne i pełne szczegółów, a inne – twarde, techniczne i uproszczone w formie.
RED: Jak wyglądał proces techniczny przygotowywania ilustracji do publikacji?
TP: Dobre obrazy powstają z połączenia ręki, oka i serca. Z tego powodu wszystkie ilustracje i okładki do książek Raatza najpierw rysowałem ręcznie na papierze – ołówkiem lub w połączeniu ołówka i tuszu. Następnie skanowałem je i obrabiałem na komputerze w programach graficznych. Tam dodawałem plamy szarości, ustalałem kompozycję w przestrzeni i nadawałem każdej ilustracji wcześniej ustalony format, po czym przygotowywałem wersję gotową do druku.
Jeśli chodzi o okładki, otrzymywałem dwa różne szablony – do wersji w miękkiej i twardej oprawie. Na tej podstawie dostosowywałem front okładki, ustawiałem typografię oraz komponowałem grzbiet i tylną część. Tył przeważnie zostawiałem pusty, ponieważ pozostałe elementy, takie jak opis książki, kod kreskowy czy wymagane logotypy, wprowadzała osoba odpowiedzialna za ten etap prac.
W wydawnictwie książka jest składana, więc na jej ostateczny wygląd wpływa wiele osób i czynników. Na końcu otrzymywałem już złożony egzemplarz do wglądu, aby sprawdzić, czy ilustracje zostały odpowiednio umieszczone.
Najprzyjemniejszy jest moment oczekiwania na gotowy produkt – chwila, gdy mogę wziąć książkę do ręki, powąchać, przekartkować i pooglądać.
RED: Czy któryś z bohaterów literackich szczególnie zapadł ci w pamięć jako „postać do narysowania”?
TP: Najłatwiejszy, a zarazem najtrudniejszy bohater literacki do zobrazowania to ten, który nigdy wcześniej nie został narysowany. Najłatwiejszy – ponieważ mogę go sam wymyślić i skonfrontować jedynie z własnymi wyobrażeniami. Najtrudniejszy – bo pojawia się pytanie, czy wpisze się on także w wyobrażenia innych ludzi. Każdy przecież jest inny i w odmienny sposób widzi czytaną rzeczywistość.
Tworząc, przeważnie skupiam się na własnych wyobrażeniach i konsekwentnie się ich trzymam. Nie jestem przecież innymi ludźmi. Pozwalam sobie wierzyć, że to, co stworzę, spodoba się także pozostałym.
Spośród postaci, nad którymi pracowałem, szczególnie zapadła mi w pamięć dziwna, trójgłowa zjawa – hologram z powieści Horologium. Zadziałała na moją wyobraźnię jako coś wyniosłego, mrocznego, a zarazem budzącego strach. Nie chciałem, by były to zwykłe głowy, lecz formy odrealnione, nierzeczywiste.
Wykonałem naprawdę wiele szkiców koncepcyjnych, zanim ręka poprowadziła mnie w rejony kształtów, które wydały mi się trafne dla tego wyobrażenia. Ciekawym doświadczeniem było zmierzenie się z zadaniem wykreowania obrazu czegoś niematerialnego.
RED: Czy masz poczucie, że ilustracja książkowa wciąż ma moc – że współtworzy świat literatury, a nie tylko go „ozdabia”?
TP: To bardzo dobre pytanie. Zdecydowanie uważam, że ilustracja książkowa ma ogromny potencjał i od dawna współtworzy świat literatury. Nie jest przypadkiem, że już od średniowiecza księgi były pieczołowicie ozdabiane przez mnichów klasztornych ręcznie malowanymi iluminacjami, a w późniejszych wiekach – wraz z rozwojem druku – grafikami. Jednym z pierwszych artystów, którzy znacząco przyczynili się do rozwoju ilustracji książkowej, był wybitny Albrecht Dürer, działający na przełomie XV i XVI wieku. Powszechnie znana jest jego seria drzeworytów do Apokalipsy św. Jana. Przykłady te pokazują, że ozdabianie książek obrazami istniało od zawsze – właśnie dlatego, że czyniły je one atrakcyjniejszymi dla czytelników.
Współcześnie obraz pełni oczywiście tę samą funkcję ozdobną, ale nie tylko. Użyty świadomie i umiejętnie, potrafi współtworzyć czytaną historię, a nie jedynie ją opisywać. Ilustracje nasuwają określone skojarzenia i pomagają poczuć klimat książki. Najbardziej lubię te grafiki, które wprawdzie nawiązują do tekstu, ale swoją formą zadają nowe pytania, podsuwają skojarzenia, których sam tekst wyraźnie nie sugeruje.
To, jak zostaną odebrane, zależy wyłącznie od wyobraźni i indywidualnego podejścia każdego czytelnika. Polecam sięgnąć po picturebooki Iwony Chmielewskiej, o której wspominałem wcześniej – tam można zobaczyć, jak w cudowny sposób opowiadać jednocześnie obrazem i słowem.
Osobiście staram się tworzyć ilustracje w podobny sposób – tak, by wraz z tekstem były osobnymi bytami, które się uzupełniają, choć nie zawsze jest to możliwe, bo wiele zależy od specyfiki danej książki. Taką funkcję udało mi się szczególnie nadać ilustracjom do powieści Przypadki Grenziego Bardoka. Te poetyckie w charakterze prace dopowiadają zawiłą opowieść, przenosząc widza w inny wymiar narracji.
Sam bardzo lubię, czytając książkę, przewracać strony w oczekiwaniu, aż pojawi się ilustracja. Zatrzymuję się wtedy, kontempluję obraz, a dopiero po chwili wracam do śledzenia słów opowieści. Czasem traktuję ilustracje jak zakładki – punkty odniesienia, które pozwalają mi później łatwiej odnaleźć fragmenty, do których chcę wrócić.
Przykładów wspaniałego wykorzystania ilustracji w literaturze dla dorosłych jest wiele. Te, które szczególnie zapadły mi w pamięć, to m.in. Sklepy cynamonowe Brunona Schulza z jego własnymi grafikami oraz niepowtarzalne ilustracje Daniela Mroza do książek Stanisława Lema, zwłaszcza do Bajek robotów, gdzie pomagają lepiej zrozumieć jego wizję świata. Z bardziej współczesnych przykładów warto wymienić Dorotę Masłowską, która chętnie współpracuje z ilustratorami – jej Bowie w Warszawie jest bogato ilustrowany przez Mariusza Wilczyńskiego, a nagrodzony Nike Paw Królowej zdobią prace Macieja Sieńczuka. Nasza noblistka Olga Tokarczuk współpracuje natomiast z Joanną Concejo, m.in. przy Zagubionej duszy i Panu wyrazistym.
Reasumując – ilustracja książkowa jest potrzebna literaturze, a mądre, świadome wykorzystanie obrazu we współtworzeniu narracji pozwala obu tym środkom wyrazu nadać nowe znaczenie i przenieść czytelnika w zupełnie nowy wymiar.
RED: Czy możemy spodziewać się kolejnych wspólnych projektów z Bogusławem Raatzem?
TP: Jak najbardziej możemy się wszyscy spodziewać kolejnych wspólnych działań. Mogę zdradzić, że zaawansowane są prace nad ekskluzywnym, zbiorczym wydaniem tetralogii, na którą składają się cztery dotychczas wydane powieści Bogusława Raatza. Prawdopodobnie znajdą się w nim wszystkie ilustracje, które do nich zaprojektowałem, a także kilka wcześniej niepublikowanych.
Pracujemy również nad nową okładką. Dodatkowym smaczkiem tego wydania będą opowiadania, z którymi miałem już okazję się zapoznać. To historie o różnej tematyce, poruszające się głównie w obszarze fantastyki – niektóre chimeryczne, inne psychodeliczne, a jeszcze inne napisane z dużym poczuciem humoru. Jest więc na co czekać. Sam jestem bardzo ciekaw efektu finalnego.
RED: Na koniec pytanie osobiste: czy któraś z tych książek – już nie jako ilustratora, ale jako czytelnika – była dla ciebie szczególnie ważna?
TP: Hmm, mam twardy orzech do zgryzienia, ponieważ wszystkie mi się podobały i – moim skromnym zdaniem – jest to literatura na wysokim poziomie. W każdej z nich zawartych jest wiele ciekawych pomysłów dotyczących najbliższej przyszłości oraz zagrożeń, które mogą wynikać z cyfryzacji naszego życia.
Jeśli miałbym wybrać jedną, byłaby to Wena, Hubert i ja. Bardzo przyjemnie czytało mi się tę powieść – wciągnęła mnie tak, że momentami nie mogłem się oderwać. Z każdą kolejną stroną czekałem z niecierpliwością, co wydarzy się dalej. Co ważne, nie byłem w stanie przewidzieć zakończenia – każdy mój pomysł na finał okazywał się chybiony.

Książka dawała mi też wiele pretekstów do własnych wyobrażeń. Z czystym sumieniem mogę ją polecić wszystkim – podobnie jak pozostałe powieści Bogusława.
RED: Dziękuję za wywiad i podzielenie się swoimi spostrzeżeniami oraz refleksjami.
TP: Dziękuję za rozmowę.